Case study: Produktywny relaks

Tomek usiadł przed kamerą na naszym spotkaniu online, spojrzał na swojego smartwatcha, westchnął ciężko i powiedział: – Marcin, robię wszystko to co mówią mądre książki. A i tak jestem wykończony.

Tomek to 36-letni menadżer. Typ człowieka, który gdy za coś się bierze, robi to na 200%. Kiedy zorientował się, że praca go spala, postanowił „wdrożyć odpoczynek”. I podszedł do tego dokładnie tak, jak do firmowego projektu.

Jego rutyna robiła wrażenie:

  • Rano 15 minut medytacji z aplikacją (obowiązkowo, żeby nie przerwać streaku 40 dni).

  • Potem podcast psychologiczny w drodze do biura.

  • W weekendy wyjazd w góry (ale zawsze z mierzonym tętnem i spalonymi kaloriami).

  • Wieczorem tylko książki, które „wnoszą coś do życia”.

Z zewnątrz – wzór well-beingu. W środku – jego układ nerwowy cały czas był w trybie walki.

Na naszej drugiej sesji zapytałem go: – Tomek, a kiedy ty ostatnio robiłeś coś absolutnie bezcelowego? Coś, z czego nie było żadnego pożytku?

Zapadła długa cisza.

Jego problemem wcale nie było to, że nie miał czasu na odpoczynek. Jego problemem było przekonanie, że odpoczynek musi mieć zwrot z inwestycji. Że musi go zregenerować na 100%, ulepszyć jako człowieka i przygotować do tego, by w poniedziałek znów mógł dowozić wyniki na najwyższych obrotach.

Wpadł w najpopularniejszą pułapkę dzisiejszych czasów: uczynił z relaksu kolejny, stresujący obowiązek. Bał się, że jeśli po prostu usiądzie na kanapie, to „zmarnuje czas”.

W Projekcie Mniej częściej niż dodawać nowe zadania, je odejmujemy.

Dlatego z Tomkiem nie szukaliśmy nowej, lepszej techniki relaksacyjnej. Zamiast tego zrobiliśmy coś odwrotnego: zepsuliśmy jego idealny system. Zdjął zegarek na cały weekend. Wykreślił medytację z listy to-do.

Zamiast tego dostał ode mnie jedno zadanie: „Znajdź coś, w czym jesteś beznadziejny, co nie ma żadnego “sensu” i czego nigdy nie wrzucisz na sociale”.

Tomek zaczął sklejać plastikowe modele samolotów z lat 90. Nie optymalizował czasu schnięcia farby. Nie czytał o tym książek.

Miesiąc później powiedział mi coś bardzo ważnego: – Wiesz, wczoraj przez godzinę gapiłem się, jak schnie farba na skrzydle. Myślałem tylko o tym, że znowu nałożyłem jej za dużo. I pierwszy raz od lat nie czułem wyrzutów sumienia, że nie robię w tym czasie nic mądrego.

To jest właśnie ten moment, kiedy w głowie cichnie szum. Kiedy przestajesz wymagać od siebie „efektywnej regeneracji”, a po prostu pozwalasz sobie... być. Zwykłym, nieoptymalnym, marnującym czas człowiekiem.

A Ty? Kiedy ostatnio pozwoliłeś sobie po prostu zmarnować trochę czasu, bez poczucia winy?

Next
Next

Priorytet(y)